Polskie czasopisma chodziły po Moskwie jako bestsellery, na kursy języka polskiego trzeba było się zapisywać rok wcześniej. Fascynowały nas filmy polskie, a reprodukcje polskiego malarstwa i grafiki, wycięte z czasopisma „Polsza" wcale nie przypominające dzieła realizmu socjalistycznego, zawsze zdobiły ściany mojego pokoju. Po sprawdzeniu moich możliwości głosowych i ideologicznych szanowna komisja radiowa zaakceptowała moją kandydaturę i we wrześniu 1967 roku po nieprzespanej nocy i pijaństwie w towarzystwie konduktorskim wylądowałem pięknego jesiennego poranka na dworcu krakowskim. Przed samym dworcem zobaczyłem całe pole pięknych czerwonych róż.
Zaskoczeniem był dla mnie fakt, że te róże rosną sobie w swojej wspaniałej okazałości i nikt tego nie zrywa i nie depcze. W Moskwie owszem pod murami kremlowskimi zdarzały się pola różowe, ale przy nich zawsze stał groźny milicjant gotowy ukarać każdego miłośnika flory. Z ciężką walizką ruszyłem w Stare Miasto z zachwytem oglądając piękne krakowskie kościoły i klasztory. Tajemnica mądrości czasu ujarzmiona w wąskich krakowskich ulicach poruszyła moją wyobraźnie. Trafiłem na coś nieprzemijającego, głębokiego, pięknego i przeczącego prymitywnym ramkom infantylnego socjalizmu.
„Tutaj znajdę swój sens życia" – pomyślałem wtedy i nie była to myśl spowodowana jedynie kacem. Myśl ta okazała się dość produktywną, bo z trzech osób, które przyjechały razem ze mną do Rosji wróciła tylko jedna, i to tylko dlatego, że miała w Moskwie żonę i dzieci. Reszta rozpierzchła się po całej kuli ziemskiej.
O domu studenckim „Zaczek", gdzie zostałem zakwaterowany, można napisać cały poemat epicki. Było to zbiorowisko wspaniałych młodych wariatów, legalnie i nielegalnie mieszczących się w ciasnych pokoikach i prowadzących tryb życia student. Kwitło jaskrawe, pełne efektów dźwiękowych, nocne życie alkoholowo-towarzyskie nie bez udziału pięknych pań, chociaż dom był przeznaczony wyłącznie dla chłopców. W dzień życie zanikało i słychać było tylko specyficzne zawodzenie Wietnamczyków z kuchni, gdzie prali oni swe ubrania nogami na podłodze przed ściekiem.
Specyficzny odór, który uzyskiwali smażąc polską rybę wędzoną, doprowadzał do szewskiej pasji ówczesnego, uwielbianego przez wszystkich komendanta domu, wspaniałego Pana Buszka, który namawiał egzotycznych gości do powrotu do buszu. Wietnamczycy, żyjący w ścisłej izolacji, prawdopodobnie zgodnie z instrukcją nie mieszania się z rewizjonistami polskimi, nawet po roku pobytu nic nie rozumieli po polsku, więc wszystkie rady komendanta przyjmowali z radosnym uśmiechem.
Od października nie doczekawszy się jakiegokolwiek zaproszenia nie studia sami wyruszyliśmy do Sekretariatu Filologii Polskiej w Collegium Novum. Pamiętam pierwsze wrażenia, jakie odczułem słuchając całego tłumu pięknych polskich dziewcząt, gaworzących w swoim języku ojczystym. Moje ucho rosyjskie odbierało ten fenomen jako wspaniałe ćwierkanie rajskich ptaków ze względu na bogactwo spółgłosek syczących i szczelinowych. Teraz nie słyszę już tego tak jak wtedy.



Pamiętam pierwsze wrażenia, jakie odczułem słuchając całego tłumu pięknych polskich dziewcząt, gaworzących w swoim języku ojczystym.







jesteś Mistrzem Słowa. Tłumy dziewcząt, gaworzących jak rajskie ptaki, a teraz już tego nie słyszysz - "tak, jak wtedy"/// To piękna metafora, można by rzec, metafizyczna///