Jeszcze w trakcie studiów muzycznych dostałem propozycję pracy w Zespole Pieśni i Tańca Maryjskiej Republiki Autonomicznej. Miałem tam prowadzić chór i orkiestrę ludową. Była to wspaniała przygoda egzotyczna. Maryjczycy – to mały naród ugrofiński spokrewniony z Węgrami. Mieszka nad górną Wołgą i, jak to często bywa, zachował przede wszystkim archaiczne cechy staroruskie – ubrania lniane, instrumenty muzyczne itd. Pracowałem z tymi wspaniałymi ludźmi tylko rok i przy okazji załatwiłem bardzo ważną rzecz – wymigałem się z wojska, które nie mogło mnie znaleźć.
Po powrocie do Moskwy i ukończeniu uczelni muzycznej zrozumiałem jednak, ze muzyka nie jest tym, czemu chciałbym poświęcić całe moje życie. Zacząłem czytać dzieła z filozofii klasycznej, a czasu miałem wiele, bo pracowałem wieczorami, prowadząc amatorskie chóry i zespoły muzyczne.
Jakaś klepka mi się w świadomości otworzyła. Postanowiłem startować na studia filozoficzne na Uniwersytet Moskiewski. Nie wiedziałem jednak, iż były to studia zaliczone do ideologicznych i wymagały opinii komsomolskiej. Ja, co prawda, formalnie należałem do tej organizacji, ale po ukończeniu studiów pracowałem samotnie i nie tworzyłem tym samym pierwotnej komórki. Moje tłumaczenia w sekretariacie niczego nie dały, nawet moje dokumenty nie były przyjęte. Myśl o studiach mocno jednak tkwiła w mojej głowie. Fascynował mnie również język i komunikacja, jako tajemniczy proces.
Tajemniczy dlatego, że z punktu widzenia zdrowego rozsądku ludzie mający nieraz diametralnie różne doświadczenia życiowe nie powinni mieć żadnych szans dogadania się ze sobą. Jednakże w praktyce wspaniale się porozumiewali, obalając wszystkie znane mi teorie lingwistyczne. Zdecydowałem się więc startować na filologię angielską. Powstał jednak dość poważny problem – nie znałem wówczas języka angielskiego, a do egzaminów wstępnych pozostało tylko dziewięć miesięcy. Poczułem się więc jako kobieta brzemienna, której los wyznaczył wynoszenie i urodzenie zdrowego dziecka.
Miałem ogromną motywację wewnętrzną. Zabrałem się do roboty. Za pomocą najnowszego magnetofonu radzieckiego o wymiarach małego fiata nagrywałem programy BBC „English by radio" i uczyłem się ich na pamięć. Gadałem sam ze sobą i czytałem dostępne wówczas w sprzedaży adaptowane i oryginalne książki angielskie. Pamiętam moje pierwsze osiągnięcie – przeczytanie powieści „Martin Eden" Jacka Londona. Jeszcze mam tę książkę i nieraz patrzę na jej pierwszą stronę, całą popisaną, bo czytałem ją, pamiętam, przez trzy dni.
W wyniku narzuconych sobie ćwiczeń pamięciowych, potrafiłem na egzaminie wstępnym w ciągu piętnastu minut nauczyć się na pamięć tekstu, który miałem streścić. Zaskoczona komisja dała mi piątkę, a kiedy dowiedzieli się, że jestem muzykiem, to mój los był przesądzony – zacząłem studia na anglistyce na Uniwersytecie Moskiewskim im. Łomonosowa.
Muszę powiedzieć, że czas moich studiów był zbieżny z tak zwaną odwilżą polityczną w środku lat sześćdziesiątych. Kwitła wówczas twórczość ludowa w postaci niezliczonych kabaretów, teatrów i zespołów muzycznych. Pierwsze kroki robił rosyjski jazz profesjonalny. Od razu wpadłem w wir działalności artystycznej. Przy uniwersytecie działał półprofesjonalny teatr studencki „Nasz dom".
Udało mi się tam trafić po dość trudnych przesłuchaniach. Śpiewałem w kwartecie jazzowym i wykonywałem pantomimę. Teatr był prowadzony przez ludzi, którzy później stali się wybitnymi reżyserami i wykonawcami. Wystarczy wymienić znakomitego reżysera Marka Rozowskiego lub genialnego pantomimistę Ilję Rutberga. Próbowaliśmy po nocach, bo w dzień odmawiano nam pomieszczenia. Wszystkie bilety na przedstawienia były wysprzedane na rok wcześniej.
Teatr „Nasz dom" uprawiał subtelną, czasem drastyczną satyrę społeczną i polityczną. Dlatego dość szybko został zamknięty po tym jak wyjechałem do Polski na studia. Jako muzyk uczestniczyłem również w kabarecie angielskim, zorganizowanym przez studentów anglistyki. Był to kabaret dość specyficzny. Występowaliśmy po angielsku w ambasadach i w innych anglojęzycznych audytoriach. Pilnujący nas działacze, którzy udawali, że znają angielski, dostawali szajby, kiedy nie rozumieli, z czego publiczność się śmieje.
Dwa semestry studiów na anglistyce moskiewskiej były dla mnie niezmiernie ważne i w istocie określiły ostatecznie moje zainteresowania naukowe. Miałem cholerne szczęście, bo opiekowała się nami wspaniała Pani Profesor Olga Achmatowa.
Wierzyła ona prawdopodobnie w nasze możliwości intelektualne, bo podstawowym pytaniem na egzaminach po pierwszym roku studiów było pytanie, na które nawet obecnie nie jest w stanie odpowiedzieć nawet niejeden specjalista: Opisać językowo-stylistyczny efekt tekstu literackiego. Całe życie odpowiadam na to pytanie w swych pracach naukowych i końca tego nie widać.



Jak opisać językowo-stylistyczny efekt tekstu literackiego? Całe życie odpowiadam na to pytanie w swych pracach naukowych i końca tego nie widać.







Co za cudowny komunikatywny jezyk i ten dystans do siebie,codziennosci,polityki...zycia... Pozazdroscic i ...nasladowac!!!
Wielki szacunek i serdecznosci dla autora. Jolanta :)