W jesieni 1974 roku dostałem zezwolenie na wyjazd, prawdopodobnie, gdybym miał wykształcenie techniczne, było by to niemożliwe. Niewolnik z wykształceniem filologicznym jest zawsze niewolnikiem drugiego sortu. Od tego czasu zaczyna się moja praca na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie pracuję do dziś. Pominę wszystkie szczeble mojej kariery naukowej, która skończyła się uzyskaniem tytułu profesora nauk humanistycznych, podczas której usiłowałem odpowiedzieć na pytanie sformułowane przez Pani Profesor Achmatową. Częściowo mi się to udało, w zakresie, na który pozwalają moje skromne intelektualne możliwości. Czytelnika prawdopodobnie bardziej interesuje moja karie ra artystyczna.
Zaczęło się to w roku 1976, kiedy cały skotłowany i sfrustrowany po odejściu mojej pierwszej żony trafiłem do „Piwnicy pod Baranami". Trafiłem bardzo dobrze, bo ten wspaniały kabaret był w istocie oazą przetrwania dla ludzi, których kwadratowa rzeczywistość realnego socjalizmu i złożoność własnej osobowości zapędziły w kąt, z którego trudno było znaleźć wyjście. Było to jaskrawe i różnorodne panoptikum indywiduów, z których każdy uprawiał swoje spustoszone poletko psychiczne, szukając współczucia i zrozumienia. Na czele tej nieformalnej lecz zwartej trzody stał niepowtarzalny Piotr Skrzynecki, który całą swoją antykoniunkturalną postawą i moralnością zubożałego szlachcica udowadniał, iż godziwe życie jest możliwe nawet w szambie, jeśli dobrać odpowiednie towarzystwo. O Piotrze należało by napisać cały elaborat, sam bezpośredni kontakt z nim uszlachetniał nawet cieci, chociaż, niestety, w przypadku cieci efekt nie był długotrwały.
Moje pojawienie się w „Piwnicy" poprzedzone było występami w różnych krakowskich klubach studenckich z repertuarem piosenek rosyjskich, grałem również w zespole jazzowym. Miałem więc już jako takie doświadczenie estradowe, więc, kiedy w „Piwnicy" zagrałem w obecności Zygmunta Koniecznego, powiedział, że nadaję się do kabaretu. Tradycja „Piwnicy" pozwalała każdemu, kto ma bezczelność i talent, wystąpić przed przedstawieniem, kiedy publiczność jeszcze wchodzi i doprowadza się do odpowiedniego stanu percepcji.
Mój pierwszy występ wywołał oklaski i Piotrek oświadczył, iż muszę występować później. W ten sposób z biegiem lat występ mój rozpoczynał się zazwyczaj o pierwszej w nocy, kiedy część publiczności czekała na cud, a pozostała nie była w stanie już wyjść. Oprócz piosenek, kiedy po odejściu Wieśka Dymnego i Andrzeja Warchała zabrakło tekstów satyrycznych, ośmieliłem się z różnym powodzeniem występować jako tekściarz. Pełniąc funkcję oazy wolności osobistej „Piwnica" była również giełdą artystyczną.
Pojawiały się tutaj znani osobistości estrady, teatru i filmu nie tylko z Polski. Tutaj właśnie znalazła mnie Agnieszka Holland, dla której wystąpiłem w epizodach filmów „Gorączka" i „Europa, Europa". Nie wpadając zbytnio w niebezpieczeństwo alkoholizmu brałem udział w niezliczonych spotkaniach, bankietach, rautach, balach i innych balangach. Rano musiałem ze zrozumianym trudem zwlekać się z łóżka i pędzić na Uniwersytet, gdzie studenci często z nieukrywanym zainteresowaniem i współczuciem obserwowali mój stan ducha i ciała.
Pozostawałem w „Piwnicy" aż do roku 1980, kiedy, jak wielu Polaków w tamtym okresie, wyjechałem do Irlandii, aby korzystając z dobrobytu kapitalistycznego i zarobić parę groszy, do swojej skromnej pensji doktora. Wykładałem język rosyjski dla piegowatych studentów w Trinity College Dublin. Przy okazji zbierałem materiały do swej przyszłej habilitacji z pragmalingwistyki. Wróciłem do Polski w jesieni 1981 roku. Wstąpiłem do „Solidarności". Niedługo jednak cieszyłem się oznakami młodej demokracji. Po ogłoszeniu stanu wojennego w grudniu rozpoczęły się represji w środowisku uniwersyteckim.
Przestałem występować, bo śpiewanie w języku rosyjskim stało się sprawą wstydliwą. „Piwnica" też zeszła do podziemia. Dopiero w jesieni 1986 roku, kiedy jej regularne występy były wznowione, zaproponowano mi powrót na scenę. Pamiętam, że przed każdym występem mówiłem: „Przepraszam, za chwilę coś zaśpiewam po rosyjsku" .Ostatnie trzy lata przed rozpadem PRL były dość burzliwe, zbliżała się agonia komunizmu, a „Piwnica" uczynnie pełniła rolę agencji pogrzebowej.
Pamiętam, jak w 1989 roku na wspólnym zebraniu Andrzej Warchał oświadczył, ze nie będzie już tworzył tekstów satyrycznych, bo jego misja została zakończona. W tym samym roku nakręciłem swój pierwszy recital telewizyjny, który został na tyle zauważony, iż Nina Terentiew zadzwoniła z Warszawskiej „Dwójki" z propozycja dużego wywiadu ze mną. Z tego momentu zaczęły się moje regularne występy w kraju i za granicą, organizowane przez różnorodne agencje i menadżerów. Zacząłem zdobywać swoją własną publiczność, która jest wierna do dziś. Stałem się rozpoznawalny szczególnie po tym, jak Wojciech Wójcik zaproponował mi rolę mafiozo, byłego pułkownika KGB Zajcewa w serialu telewizyjnym „Ekstradycja". Nagrałem również kilka programów TV, wydałem kasety i płyty.
Moment rozpoczęcia kariery estradowej zbiega się z ogromnym fartem w moim życiu osobistym. Poznałem wspaniałą kobietę, która w ciężkich warunkach życia z mężem kursującym między sceną i uniwersytetem urodziła mi dwóch synów, zbudowała dom na pięknej wsi podkrakowskiej i podarowała mi najszczęśliwsze lata mojego życia.



Moment rozpoczęcia kariery estradowej zbiega się z ogromnym fartem w moim życiu. Poznałem wspaniałą kobietę, która podarowała mi najszczęścliwsze lata mojego życia.






